Sto kopert

Date:

Share post:

Ireneusz Cedeński

Parę lat temu zauważyliśmy z żoną, że trochę zaczyna nam brakować pieniędzy. Dzieci rosną, ceny też nie stoją w miejscu. A zarobki – ani drgną. Pomyślałem, że wpiszę się na listę biegłych sądowych i zacznę dorabiać. Jak pomyślałem, tak uczyniłem. Poszedłem do Prezesa Sądu Okręgowego zapytać, co i jak. Pan sędzia okazał się bardzo miły, o nic mnie nie pytał tylko wyraził zadowolenie i zanim skompletowałem wszystkie dokumenty, przysłał mi pierwsze akta sądowe wraz z postanowieniem o powołaniu mnie na biegłego. Potem wszystko nabrało przyspieszenia. Grube tomy owinięte w szary papier, umiejętnie obwiązane konopnym sznurkiem lub białe koperty, nieco cieńsze, solidnie oklejone taśmą samoprzylepną lądowały najpierw w bagażniku mojego auta, potem w szafie, a gdy się tam przestały mieścić – także w kącie mojego domowego gabinetu do pracy, a wreszcie na moim biurku pod monitorem komputera, na którym piszę i ten tekst.

Moja radość bycia biegłym z listy polegała na tym, że byłem zupełnie sam. W sprawach cywilnych nie musiałem z żadnym innym psychiatrą uzgadniać swojego stanowiska. Ba, nie musiałem nawet przejść żadnych formalnych kwalifikacji, by wydawać opinie w sprawach takiego rodzaju, z jakimi nie zetknąłem się wcześniej. Ale miałem do dyspozycji literaturę fachową, no i na szczęście wystarczająco duże i różnorodne doświadczenie życiowe i zawodowe. Szybko też zapisałem się na konferencję szkoleniową dla psychiatrów sądowych, po której wróciłem do domu umocniony, że w zasadzie nie narobiłem gaf. Moja pewność siebie wzrosła. A czas był po temu najwyższy, bo zaczęły docierać do mnie ponownie akta spraw, w których już zdążyłem wydać opinie. Tym razem chodziło o opinie uzupełniające w odpowiedzi na zarzuty jednej ze stron procesu. Te zarzuty potrafiły być bolesne… Ale nie o tym chcę tu pisać. Nauczyłem się na nie odpowiadać. Mogę z dumą dodać, że kiedy uznawałem, że trzeba, potrafiłem zweryfikować swoją wcześniejszą opinię i zmodyfikować wnioski. Nie zauważyłem takiej skłonności u biegłych lekarzy innych specjalności. Ci, jak coś raz stwierdzili (albo nie stwierdzili), to koniec. Nie ustępowali nawet o krok, nawet o pół kroku. Przekonałem się, że jako psychiatra jestem bardziej otwarty na dialog, niż inni lekarze… Ale nie o tym chcę tu pisać.

Miałem problem z odsyłaniem akt z opinią do sądu. Żmudne owijanie ich w szary papier i obwiązywanie cienkim sznurkiem mocno mnie denerwowało. W pobliskim sklepie papierniczym, gdzie wcześniej wydawało mi się, że dostanę wszystko, czego potrzebuję, nie było odpowiednich głębokich mocnych kopert mogących pomieścić gruby tom akt lub parę cieńszych tomów. Udało mi się jednak i ten problem rozwiązać. Znalazłem hurtownię papierniczą i w niej nabyłem sto odpowiednich kopert po okazyjnej cenie. Teraz, wydawało mi się, już nic nie stało na przeszkodzie, bym rozwinął skrzydła. Biegłych psychiatrów bardzo brakuje, więc zaczęły do mnie spływać akta ze wszystkich okolicznych sądów, potem już nawet nie tylko okolicznych.

Gdy problem kopert został rozwiązany, okazało się, że jedną z przeszkód hamujących moją wydajność pracy w roli biegłego była trudność w skontaktowaniu się z osobami, które mają być przeze mnie badane. Nie reagowały one na listowne prośby z załączonymi numerami telefonów do mnie. Słabo wypadały moje prośby pod adresem sądów, by wzywały na badania pod wskazanym przeze mnie adresem i w wyznaczonym czasie. W sprawach cywilnych to należy do stron procesu. W aktach spraw nie ma numerów telefonicznych uczestników postępowania. Musiałem więc telefonować do pełnomocników tych osób. Ci zaś nie zawsze byli uchwytni… Ale nie o tym chcę tu pisać.

Najtrudniej było latem, gdy chciałem zrobić sobie urlop. To znaczy, w zasadzie najłatwiej mi się pisało te opinie, gdy były długie, słoneczne dni. Ale wtedy jest lato i chce się, no wiecie… jednemu nad wodę, drugiemu do lasu, trzeciemu odwiedzić rodzinę. Ludzkie sprawy. A terminy sądowe gonią. A kolejne paczki nadchodzą. A każda taka paczka, to po sporządzeniu opinii miła sumka pieniędzy… Trzeba zawczasu powiadomić sądy, że nie będzie się pracowało w tym okresie. Ale zawsze znalazł się latem jakiś trochę bardziej odległy sąd, który, prawdopodobnie przed udaniem się na letni wypoczynek zbombardował mnie jakąś grubą paką wyznaczając, jak zwykle, termin sporządzenia opinii na 3 tygodnie. To oczywiście nie musi być ostateczny termin. Wystarczy napisać odwołanie… Ale nie o tym chcę tu pisać.

Ostatnio atmosfera zrobiła się jakby gęstsza. Podniesiono wymiar kar za sporządzenie nierzetelnej czy fałszywej opinii. Minister sprawiedliwości walczył z sądami. I z lekarzami. Z biegłymi lekarzami także. Rozważałem rezygnację. Ale pomyślałem sobie, że ci sędziowie, którzy mi zlecają robotę są w zasadzie w porządku. Czemu miałbym im dokuczać? Ze stu zakupionych kopert pozostawał nadal dość gruby stos. Uspokajałem się myślą, że zawsze zdążę zrezygnować, a w końcu rzetelna opinia psychiatryczna też jakoś przyczynia się do umacniania praworządności… Ale nie o tym chcę tu pisać.

Tylko mi sił zaczęło brakować. Już mi się wydawało, że nabrałem rutyny. Że rozstrzygnięcie przychodzi mi z większym spokojem, pewnością. Że piszę coraz szybciej. Ale jak przyszły PIT-y z sądów za ostatni rok, to okazało się, że tych opinii napisałem mniej i zarobiłem w roli biegłego mniej, niż w poprzednim roku.

Czara goryczy przepełniła się za sprawą pewnego sądu rodzinnego. U nich miałem chyba coraz lepsze notowania, bo ilość zleceń rosła z roku na rok. To były względnie proste (co nie znaczy, że łatwe) sprawy – o umieszczenie w DPS, o leczenie w szpitalu psychiatrycznym w trybie wnioskowym. Cieniutkie akta. Starałem się wydawać opinie zaraz po dokonaniu badania. W mieście, gdzie znajduje się ten sąd, nie ma oddziału psychiatrycznego. W kolejce do psychiatry w poradni na NFZ czeka się trzy miesiące. Na tym tle moja działalność musiała wydawać się szczególnie efektywna. Tyle tylko, że okazało się, iż coraz więcej tych spraw o leczenie w trybie wnioskowym mogło było być spokojnie załatwionych w trybie nagłym, bez niepotrzebnych ceregieli (jako biegły muszę wyjaśnić mniej obeznanym z przedmiotem czytelnikom, że przesłanki do hospitalizacji psychiatrycznej w trybie wnioskowym i w trybie nagłym są różne, co oznacza nierzadko, że osoba, która powinna być natychmiast hospitalizowana psychiatrycznie zgodnie z prawem, nie powinna być hospitalizowana w trybie wnioskowym, po upływie czasu potrzebnego na przeprowadzenie wszystkich związanych z tym trybem procedur). Pomoc społeczna nie mogąc efektywnie pomagać chorym psychicznie znajdującym się w ciężkim stanie, zgłaszała coraz więcej wniosków o ich leczenie. Najwyraźniej po to, by wykazać, że coś robi. Na wypadek, gdyby do czegoś złego doszło. Poczułem, że przestałem służyć dobrej sprawie. Wytworzył się sprawnie działający system zgłaszania osób chorych psychicznie do sądu, a system ich leczenia leżał odłogiem, jak wcześniej. A utwierdziłem się w swoim przeświadczeniu, że nie służę już dobrej sprawie, gdy okazało się, że każdej z tych badanych przeze mnie osób zaczęto przydzielać pełnomocnika w celu reprezentowania interesów danej osoby. Moje opinie, dotychczas niekwestionowane przez sąd, zaczęły wymagać uzupełnienia, doprecyzowania. Na to nie miałem już ochoty ani nawet czasu. Miałem tego dość.

Pomyślałem sobie, że systemy społeczne, w tym i demokratyczne, mają tendencję do wytwarzania warstwy ludzi, którzy nie wnosząc do systemu żadnej wartości, żyją z tego, że są ustawieni w roli obrońców podstawowych praw, zasad. Pasożytują na systemie. Nasza demokracja najwyraźniej osiągnęła ten etap rozwoju. To właśnie chciałem napisać.

Zamiast podnieść wynagrodzenia dla biegłych i zwiększyć wymagania wobec osób pełniących tę trudną funkcję, zaostrza się wymiar kar za błędne i fałszywe opinie i rozdaje się pieniądze prawnikom, którzy nie są w stanie nawet zbliżyć się do rozwiązania problemów osób, które jakoby reprezentują. To też chciałem napisać.

Wiadomo, że mamy za dużo prawników i za mało lekarzy. Tendencja do unikania pracy wymagającej bezpośredniego zaangażowania i odpowiedzialności na rzecz zajęć związanych ze zdystansowaną obserwacją jest widoczna i w naszej grupie zawodowej. Więcej młodych lekarzy pragnie być radiologami posługującymi się coraz bardziej wyrafinowaną aparaturą na coraz większe odległości, niż chirurgami ogólnymi, którzy codziennie zamaczają ręce we krwi swoich pacjentów. I to chciałem napisać.

Nie ma już mojego nazwiska na liście biegłych z zakresu psychiatrii. Prezes Sądu Okręgowego okazał się równie miły jak wcześniej i przychylił się bez zastrzeżeń do mojego wniosku o skreślenie z tej listy. Nie wytrzymałem do końca kadencji, ale zrealizowałem swoje założenie. Dziś użyłem ostatniej ze stu kopert. Odsłużyłem swoje.

/

Artykuł opublikowany w wydaniu „Psychiatra” 1/2019 (24) Wiosna

Poprzedni artykuł
Następny artykuł

OSTATNIO DODANE

Początki motoryzacji w Krakowskiej Katedrze Psychiatrii

Jacek Bomba Siedziba Katedry Psychiatrii Collegium Medicum Uniwersytetu Jagiellońskiego zapewne niebawem znajdzie się przy ulicy Marii Orwid, w kompleksie...

Kiedy pacjent mówi NIE

Karolina Olas-Dróżdż Podążając w kierunku wspomnień związanych z rezydenturą, sięgnęłam po te najbardziej przeżyte emocjonalnie. Wiadomo, zapadają w pamięci...

Intuicja

Jadwiga Myrtiluk Ostatnio bardzo często natrafiam na wyrażenie „dbać o siebie”, odmieniane przez wszystkie przypadki. Objaśniane, definiowane, będące hiperlinkiem...

„List otwarty” do młodych psychiatrów w sprawie pacjentów kłócących się o telewizor.

Przeczytałem w ostatnim numerze „Psychiatry”, jak zwykle, rubrykę „Rezydencja” i po raz kolejny znalazłem w niej wzmiankę o...