Dr n. med. Ryszard Wardeński (1952-2023)

Date:

Share post:

Dr n. med. Ryszard Wardeński zmarł
w dniu 11 lutego 2023 r. w wieku 71 lat.
Był absolwentem Warszawskiej Akademii Medycznej, pracował w Szpitalu Psychiatrycznym w Branicach, a następnie (1980-1990) w III Klinice Psychiatrycznej Instytutu Psychiatrii i Neurologii w Warszawie pod kierunkiem profesora Stanisława Dąbrowskiego.
W 1991 r. wygrał konkurs na stanowisko dyrektora Szpitala dla Nerwowo i Psychicznie Chorych w Gostyninie-Zalesiu. W latach 1998-2018 kierował Regionalnym Ośrodkiem Psychiatrii Sądowej (ROPS), a następnie został dyrektorem w Krajowym Ośrodku Zapobiegania Zachowaniom Dyssocjalnym w Gostyninie.
Dr n. med. Ryszard Wardeński był jedną z najbardziej zasłużonych osób dla psychiatrii sądowej w Polsce za sprawą swojego dorobku organizacyjnego, naukowego i opiniodawczego.
Wieloletni Sekretarz Komisji ds. Środków Zabezpieczających, członek Polskiego Towarzystwa Psychiatrii Sądowej.
Cześć Jego pamięci!

Drogi Ryśku,

pisanie do Ciebie, po Twojej śmierci, listu, który ma być upubliczniony, to dość dziwne zajęcie nawet jak na psychiatryczne standardy.

Przez ostatnie pół wieku byliśmy w kontakcie mniej lub bardziej intensywnym, czasem codziennym i bliskim, czasem trochę poróżnieni (jak to bywa z dziwakami i narcyzami]. Nie wiem jak Ty, ale ja z naszych młodych lat zapamiętałem beztroski czas „praktyk robotniczych” w PGR, które zorganizowano nam przed studiami. Tam poznaliśmy się także z naszym trzecim przyjacielem, który przeczytawszy Ferdydurke, objął duchowe przywództwo i natchnął nas myślą, że tylko psychiatria ma sens.

Potem była nauka medycyny, mozolna, ale przecież niepozbawiona atrakcji, zdobywanie wiedzy (można by górnolotnie rzec: odkrywania prawdy i swoistego piękna). Jak w tym miejscu nie wspomnieć naszego przewodnika, ówczesnego docenta Zdzisława Bizonia i tego wszystkiego, co nam przekazał na spotkaniach i wyjazdach Studenckiego Koła Psychiatrycznego.

Kosztowaliśmy, chyba z umiarem, tego co się z młodością łączy. Pamiętasz wizyty na Starówce i tych kilka zimowych wyjazdów do Zakopanego w większym gronie? Tam zauważyłem, że nie obca Ci brawura i masz dar dowcipnego puentowania. Gdy niemiłosiernie poobijani, po zjeździe z Kasprowego, do czego nie mieliśmy prawa, dotarliśmy jakimś cudem do kwatery, podsumowałeś: „jak spadać, to z wysokiego konia”. Wreszcie finał studiów w postaci wspólnej służby wojskowej, wprawdzie krótkiej i trochę ulgowej, ale w prawdziwych koszarach, w mundurze, z hełmem i karabinem.

Pamiętam naszą wizytę w poszukiwaniu pierwszej pracy u dyrektora odległego szpitala psychiatrycznego, u którego w gabinecie wisiał wielki obraz przedstawiający Włodzimierza Lenina dumającego przy lampie naftowej. Ciekawe, że w czasie kilku późniejszych wizyt w tym szpitalu nikt nie potrafił mi powiedzieć, co się stało z tym płótnem – czyżby trafiło do jakiejś prywatnej kolekcji?

Potem były nasze specjalizacje i doktoraty w czasie wieloletniej pracy w III Klinice Instytutu. Wreszcie wieńcząca dzieło kariera sądowo-psychiatryczna. Budowa i organizowanie specjalnych ośrodków dla najbardziej niebezpiecznych, ale i najbardziej cierpiących osób. Pamiętam, że na którejś z konferencji wybrano Cię przewodniczącym elektem Polskiego Towarzystwa Psychiatrii Sądowej. Niestety, pogarszające się zdrowie nie pozwoliło Ci objąć tej funkcji, a szkoda.

Dookoła nas zmieniała się Polska i psychiatria. Budowaliśmy domy. Założyliśmy rodziny. Wychowaliśmy dzieci.

Tak szybko staliśmy się „seniorami”. Pojawiły się trudności z kondycją, podbieganiem, a nawet przyspieszeniem kroku, osłabienie słuchu, trudności z zapamiętywaniem, drażliwość, zaburzenia snu. Teraz nawet nie potrafię wskazać, czy bardziej u Ciebie, czy u mnie. Ostatnio widziałem Cię na Skypie zaskakująco cichego i bladego. Mam nadzieję, że bardzo nie cierpiałeś.

Ryśku, miło było te lata spędzić w jakiejś mierze w Twojej kompanii. Utrzymywałeś, że po śmierci nic nie będzie, bo to „koniec zajęć”. Może jednak myliłeś się. Liczę, że będzie nam dane jeszcze porozmawiać. Zatem tymczasem (lub „tymczasem wtedy”, jak się mówi u mnie na Kociewiu).

Leszek Ciszewski

Rysiek…

bo tak o doktorze Ryszardzie Wardeńskim mówiliśmy, my, Jego koledzy z Oddziału F-6 i całej III Kliniki Psychiatrycznej Instytutu Psychiatrii i Neurologii w Warszawie.

Rysiek zawsze wyróżniał się elegancją, wyprostowaną postawą, sprężystym energicznym krokiem i odrobiną ekstrawagancji: fajką, a później grubym cygarem, a przede wszystkim olbrzymim szarym sznaucerem. Ten popielaty pies też był jakoś na swój sposób piękny i dostojny. Nie spuszczał wzroku ze swego Pana i widać było między nimi niewidzialną, ale przeogromną więź.

Rysiek całą swoją postawą kontrastował z szarymi i przaśnymi czasami Przedtransformacji i pełnymi nadziei, ale zwichrowanymi i trudnymi czasami Transformacji ustrojowej, ekonomicznej i społecznej. Z jego dystansującą się powierzchownością kontrastowało rzetelne, życzliwe i ciepłe podejście do tych, którzy w tych czasach cierpieli najbardziej: do naszych pacjentów. Zawsze zachowywał też, czasami zaskakująco racjonalne, podejście do rozwiązywania ich problemów, nie tylko psychopatologicznych.

I my, Jego koledzy, często korzystaliśmy z Jego życzliwości. Na Ryśka zawsze można było liczyć w drobnych i wcale niedrobnych sprawach. Często, nim jeszcze sformułowaliśmy naszą prośbę, Rysiek sam oferował swą pomoc. W sposób spontaniczny, naturalny, bez obciążenia koniecznością rewanżu. I co ważne – sam domyślał się, w czym mógłby być pomocny.

Bardzo ceniłam w Ryśku nie tylko umiejętność spontanicznego dostrzegania potrzeb, problemów i konfliktów, przedstawiania ich w prosty, nieurażający nikogo sposób, ale i ustawiania problemów we właściwej hierarchii, co prowadziło do ich rozwiązywania bez zbędnych emocji.

To między innymi te Jego umiejętności w tym zakresie pozwoliły Mu podjąć się niezwykle trudnych i nowatorskich przedsięwzięć organizacyjnych w kolejnym miejscu pracy po odejściu z Instytutu.

Ale w mojej pamięci pozostanie On głównie świetnym Kolegą i Człowiekiem, wspominanym dobrze nie tylko przez nas, lekarzy, ale przez cały personel Kliniki. Bo choć obecność sznaucera na dyżurach daleka jest od wyobrażeń o sterylnej klinice, nigdy nie słyszałam słowa skargi na konieczność dodatkowego sprzątania po psie. Tym bardziej, że Rysiek starał się jak mógł, by jego piesek zostawiał po sobie jak najmniej śladów. Zresztą sznaucer przecież był częścią Naszej Kliniki, jak częścią naszej Kliniki był Doktor Wardeński. Rysiek był bowiem jedną z osób, która cementowała tożsamość i pozytywną odrębność Naszej Kliniki, która na przekór zewnętrznym okolicznościom starała się być oazą rzetelnej pracy, bezwzględnej walki o prawa i dobro pacjentów, i wzajemnej życzliwości.

Ceremonia pożegnania Doktora Wardeńskiego pozwala żywić nadzieję, że jego praca i relacje z pacjentami i kolegami nie będzie zapomniana… Nie tak, jak miejsce pochówku jego Wielkiego Nauczyciela, prof. Stanisława Dąbrowskiego.

Karina Steinbarth-Chmielewska

Fotografia: https://ptps.com.pl/galeria/

OSTATNIO DODANE

Początki motoryzacji w Krakowskiej Katedrze Psychiatrii

Jacek Bomba Siedziba Katedry Psychiatrii Collegium Medicum Uniwersytetu Jagiellońskiego zapewne niebawem znajdzie się przy ulicy Marii Orwid, w kompleksie...

Kiedy pacjent mówi NIE

Karolina Olas-Dróżdż Podążając w kierunku wspomnień związanych z rezydenturą, sięgnęłam po te najbardziej przeżyte emocjonalnie. Wiadomo, zapadają w pamięci...

Intuicja

Jadwiga Myrtiluk Ostatnio bardzo często natrafiam na wyrażenie „dbać o siebie”, odmieniane przez wszystkie przypadki. Objaśniane, definiowane, będące hiperlinkiem...

„List otwarty” do młodych psychiatrów w sprawie pacjentów kłócących się o telewizor.

Przeczytałem w ostatnim numerze „Psychiatry”, jak zwykle, rubrykę „Rezydencja” i po raz kolejny znalazłem w niej wzmiankę o...