Sezon ogórkowy (Anna Netrebko i reszta świata)

Date:

Share post:

Bogusław Habrat

/

Sezon ogórkowy, opery i sale koncertowe pozamykane, zespoły w składzie rezerwowym uprawiają chałturę ukulturalniania pospólstwa… A tu taka gratka – Placido Domingo! Nie to, że w Krakowie oderwie parę gospodyń od lepienia uszek tuż przed Wigilią, ale że wpisał się na listę molestujących.

Moja przygoda z Placidem zaczęła się na przełomie lat 80. i 90., kiedy to nie będąc posiadaczem odtwarzacza CD, a za to będąc w USA, zakupiłem 4 uwodzące rozczepianiem światła cuda XX w., czyli krążki CD. Sama żelazna klasyka, w tym beethovenowska IX Symfonia, w której partię tenora odśpiewywał właśnie PD (nagranie z 1969 r., zdygitalizowane w 1988). W tym czasie pogaduszki o muzyce uprawiałem z jednym z jego wielbicieli, który prowadził stałą audycję w PR poświęconą wyłącznie Placidowi. Mimo, że uchodził za niekwestionowany autorytet placidowski, nie był świadom istnienia płyty, którą ja posiadałem. Posiadałem i nic więcej, bo odtwarzacz (JVC) kupiłem w Pewexie dopiero parę miesięcy później (sprzęt elektroniczny był tam przez jakiś czas najtańszy na świecie, bo PRL bardzo potrzebowała prawdziwych walut i stosując karkołomne operacje przelicznikowe zdobywała tzw. bezcenne dewizy od konsumenta wewnętrznego; różne odtwarzacze były potem nielegalnie reeksportowane na Zachód, sam widziałem niesamowite sterty skonfiskowanych Polakom odtwarzaczy na lotnisku w Atenach, gdy Grecja była jedynym krajem unijnym niewymagającym wiz od Polaków). A red. H. (bo o nim mowa) nie miał dostępu do internetowych baz danych dyskograficznych, więc zabłysnąłem posiadaniem unikatu. Zaprosić do niego się nie dałem, płyty pożyczyć nie chciałem, więc tylko długopisikiem spisywał dane, bo wtedy nie było aparatów fotograficznych w telefonach z Radomia. I tak Placido był, a jakby go w ogóle nie było…

Ciekawostka: gdy Sony wymyśliło technologię CD w obecnej formie, sprawą otwartą był rozmiar płytki. Dyrektor Sony spytał żonę, a ona mu doradziła, że taki, żeby wlazła cała IX Symfonia. I tak zostało do dziś, choć współcześnie da się upchać parę minutek więcej.

W stosunku do niemal całej reszty tenorów, powszechnie odbieranych w zbitce: „głupi jak tenor” lub „humorzasty jak tenor”, PD był odbierany jako intelektualista i „dobrze wychowany”, a wręcz szarmancki. Dawano go za przykład innym tenorom (i nie tylko) na zasadzie: „Można? Można!”. Akurat niedawno ponownie oglądałem PD „W poszukiwaniu Grala”. Tony Palmer, znany raczej z zainteresowań dokumentowania ikon rocka, wyreżyserował wyrywki „Parsifala” (granego przez PD) pod pretekstem popkulturowego zapotrzebowania na tajemnicę w kontekście znanych twarzy. Wstęp nawiązywał do trzech zupełnie różnych osób: Placido Domingo, Indiany Jonesa i Adolfa Hitlera, którzy – każdy na swój sposób – poszukiwali Grala. Z filmu wynika, że PD był najbliżej Tajemnicy.

Niestety, był również bliżej tajemnicy przez małe „t”. Najpierw jedna, a potem kolejne panie, zaczęły zgłaszać, że tzw. powodzenie PD u pań, było – przynajmniej w części –, hmmmm… stymulowane przez PD. Dziś to nazywa się molestowaniem. Z całej tej wrzawy najbardziej interesujące są, moim zdaniem, tłumaczenia „bohatera” tego felietonu. Otóż, oświadczył on, że dawniej w świecie opery (baletu chyba też? – dop. mój) panowały zupełnie inne standardy relacji męsko-damskich i służbowych. Pewnie to prawda: nawet polskie gazety rozpisywały się o „pokojach wypoczynkowych” przynajmniej dawnych dyrektorów Teatru Wielkiego, które służyły, wg dzisiejszej terminologii, „kastingowi i lansowaniu”. To przyczynek do dyskusji o relatywizowaniu zła w kontekście „obowiązujących standardów”. W dyskusjach o relatywizowaniu niedobrych postaw i uczynków interesujący jest jeszcze jeden wątek. Powszechnie potępiany producent filmowy W. w, podobno, dość standardowy dla tej gałęzi przemysłu sposób „kastingował” aktoreczki do promujących karierę i nabijających im kasę filmów. To chyba jednak trochę bliższe „sponsoringowi” i innym formom prostytucji, bo odmowa awansów nie wiązała się z umieraniem w biedzie w piwnicznej izbie. Natomiast PD podobno wiązał romantyczną uległość z przydzielaniem ról operowych i był w tym niezwykle konsekwentny. Niby to samo, ale jednak różnica jest znaczna: W. dysponował pieniędzmi swojego własnego interesu (przepraszam za skojarzenia), PD – o ile to wszystko prawda – zabawiał się za pieniądze publiczne. Paralele z jedzeniem ośmiorniczek za swoje vs ministerialne pieniądze lub lądowania w Jasionce we własnej awionetce lub służbowym samolocie, nasuwają się same.

A puenta? W grudniu spotykamy się w krakowskiej Tauron Arenie.

/

OSTATNIO DODANE

Początki motoryzacji w Krakowskiej Katedrze Psychiatrii

Jacek Bomba Siedziba Katedry Psychiatrii Collegium Medicum Uniwersytetu Jagiellońskiego zapewne niebawem znajdzie się przy ulicy Marii Orwid, w kompleksie...

Kiedy pacjent mówi NIE

Karolina Olas-Dróżdż Podążając w kierunku wspomnień związanych z rezydenturą, sięgnęłam po te najbardziej przeżyte emocjonalnie. Wiadomo, zapadają w pamięci...

Intuicja

Jadwiga Myrtiluk Ostatnio bardzo często natrafiam na wyrażenie „dbać o siebie”, odmieniane przez wszystkie przypadki. Objaśniane, definiowane, będące hiperlinkiem...

„List otwarty” do młodych psychiatrów w sprawie pacjentów kłócących się o telewizor.

Przeczytałem w ostatnim numerze „Psychiatry”, jak zwykle, rubrykę „Rezydencja” i po raz kolejny znalazłem w niej wzmiankę o...